sobota, 2 lutego 2013

Sobótkowy Post

W sumie to Sobotowy, ale Sobótkowy brzmi lepiej ;)

U nas śnieg z nieba jak cukier puder i zasypał już pół świata.
O 9.30 obudził mnie telefon mojej Mamy- nie Syn, nie Córka (która zresztą stała w swoim łóżeczku, z gołymi nogami, i całkiem radośnie nie chciała mnie wcale obudzić :) ).
Bardzo to było miłe od samego rana, bo poszłam spać ok 2.00 i wyspałam się jak nigdy :)
Córka ani razu się nie obudziła od tej 2.00, a Syn był u Teściów (nadal jest), więc sobota spokojna, miła i bez krzyków, skakania po brzuchu i nerwów, że marzę o chwili snu a tu nici z tych marzeń.
Niestety ten sielankowy humor trochę ukisiło mi włączenie radia.
Sobotni poranek to nie jest dobry czas na jałowe dyskusje o stanie polskich dróg i autostrad w połączeniu z dofinansowaniami z UE. Miałam nadzieję na jakąś przyjemną muzykę, a tu taki gniot.
No ale nie przejmujemy się takimi drobiazgami, mamy pyyszną kawę, komputer, jedno dziecko i perspektywę weekendu spędzonego rodzinnie we własnym domu.
I jest szansa na chwilę tworzenia kartek, i może (może) nawet coś dziś poczytam. Jakoś ostatnio zupełnie nie mam ochoty na czytaniem, ale mam już tyle książek, że czas się za nie zabrać.
Ostatnio w dwa dni przeczytałam "Miłość z kamienia" :
 Książka trochę kojarzy mi się z "Weronika postanawia umrzeć", ale tylko trochę. Głównie przez to, że autorka tak samo jak weronika jest w "zakładzie psychiatrycznym". I chyba na tym podobieństwa się kończą. Pani Grażyna trafiła tam, gdyż ma objawy stresu bojowego, chociaż nie była na wojnie. Tzn była, ale nie tak wiele razy co jej mąż. A do tego pewnego dnia powiedziała komuś, że jej mąż nie żyje, chociaż akurat był w redakcji, w kraju, w tym samym mieście. Nie wytrzymała ciągłego napięcia i przygotowywania się na jego śmierć.
Bardzo polecam, chociaż jest to książka wstrząsająca pod kilkoma względami.
Przede wszystkim sama autorka i jej wewnętrzne myśli na temat tego, że jej mąż zginie. Przez dwadzieścia lat 50 wyjazdów na wojnę. A do tego historie, które przywoził z tych wojen.
Udało mi się nie płakać, chociaż w sumie można się rozkleić w kilku momentach.
Myślę, że warto przeczytać. Znów bardziej doceniam to, co mam. A najbardziej fakt, że żyjemy w pokoju. Wojna to koszmar i co dzień dziękuję Bogu, że zasypiam bez strachu o to, czy rano zastanę swój dom w całości, czy w nocy nie rozerwie nas bomba.
tym optymistycznym akcentem kończę swój sobotni post.
Zapewne nie ostatni dnia dzisiejszego, chociaż kto wie...może sobota tak mnie pochłonie, że następna notatka będzie dopiero w poniedziałek ;)

1 komentarz:

  1. to przeczytaj sobie jeszcze "Tysiąc wspaniałych słońc". Wstrząsająca, ale piękna. I nie da się nie płakać, uprzedzam.

    OdpowiedzUsuń

coś tam, coś tam ;)