...mam czas, to sobie czytam blogi różnych kobiet.
tak jakoś wyszło, że czytałam blogi jakiegoś faceta, ale oni chyba są z innej planety jednak.
więc tak czytam te blogi. różne. różnych kobiet.
i tak sobie myślę, że kobiety to jednak mają przerąbane.
dzieci, dom, praca.
duzo dzieci, dom nawet jezeli mały, to przy dzieciach zawsze za duży do sprzątania.
pranie, gotowanie, prasowanie (u mnie ostatnio ogranicza się do koszul męża, żeby wyglądał jak człowiek, bo powiedzą,że ma beznadziejna żonę. i czasem do koszulek syna, coby wyglądał jak człowiek)
kolki, pieluchy, nocne wstawanie (jest jakiś facet na świecie, który wstaje w nocy zamiast matki tego ryczącego dziecka i się nim zajmuje, a matka śpi? czy tylko mój mąż ma kamienny sen?)
strupki, obite kolana, ataki furii, histerii i czego tam jeszcze...
okazało się, że obiady zawsze jem w biegu, albo zimne, albo wcale, bo akurat dziecko chce cycka albo butlę, albo ryczy, albo ucieka i nie chce jeść- ciągle coś.
moja poranna kawę muszę wylewać wieczorem, bo w ciągu dnia nie zdążę jej wypić, a głupio pić tą samą następnego dnia. a w nocy to już nie ma sensu, bo przecież może szybciej się dziś położę ( tak planuję i łudzę się, że w końcu wyląduję w łóżku jakoś przed 23 i jeszcze sobie poczytam-akurat :| )
no i tak czytam te blogi, jak juz mam chwilkę.
i tak sobie myślę, że mimo, że tak w sumie to jakaś masakra, to chyba mam jakąś tarczę czy maskę czy jak to nazwać.
no wydaje mi się, że albo wypieram ten fakt, że jest koszmarnie, albo nie jest wcale tak źle.
tzn jest tragicznie jak syn ma atak furii i wali głową o podłogę ( w kafle najlepiej, bo największe guzy i później największy ryk), a córka ma kolkę, albo nie wiem o co jej chodzi i ryczy. no wtedy to mam dość. ale tak poza tym, to chyba jednak wypieram to wszystko. że męża nie ma właściwie cały czas. bo nawet ostatnio na noc nie wraca normalnie tylko nad ranem. no pracuje. ktoś musi utrzymać cały ten bajzel. ale i tak mięśnie sobie wyrabiam na zakupach, przy noszeniu coraz cięższej Młodej. a i syn czasem na ręce jeszcze chce- w końcu mały jest. dwa latka ma dopiero.
pojechałam dziś na zakupy do biedronki. samochodem. bo blisko. ale padał deszcz, więc co ja będę z wózkiem i z synem w kaloszach, jak mogę do samochodu. to pojechaliśmy. a jak wracaliśmy, to pomyslałam, że jak juz jesteśmy w samochodzie to pojadę do rodziców na chwilę.
to się moja mama załamała, jak usłyszała, że jak juz jesteśmy w samochodzie to do nich pojedziemy.
no ale na zdrowy rozum. wyładować zakupy, syna co się robiega, córkę w foteliku, która z fotelikiem waży tyle co dwa syny, zamknąć auto, zebrać zakupy i córkę, przywołać syna do porządku, wejść do domu. po schodach z synem co rowerem potrząśnie- nie naszym- jakąś dziewczynkę trzepnie w głowę, wrzeczcy na klatce, bo echo idzie, stuka do drzwi sąsiadów, chociaż wie gdzie mieszkamy. córka zaczyna ryczeć, bo się echo niesie z krzyków jej brata, zakupy wrzynają się w rękę. a później nakarmić młodą. wysikać syna. ogarnąć ich na nowo i znów do samochodu, z fotelikiem co ciężki jak cholera. i z synem co wrzeszczy na klatce. albo akurat nie wrzeszczy, bo trzęsie nie naszym rowerem.
no więc jednak wolałam prosto ze sklepu pojechać do rodziców.
ale gdyby kto pytał, to z 2 dzieci nie jest źle.
w sumie to prawie jak z jednym, tylko dwa razy ;)
za to znam kobiety, które mają już 3 małych dzieci i muszą sobie jakoś radzić.
One to dopiero są Bohaterki.
przynajmniej w moich oczach.
w sumie znam jedną rodzinę, co to ma już 4 dzieci całkiem małych.
ale o nich to aż boję się myśleć.
no mamy w rodzinie jeszcze chyba dwie rodziny wielodzietne z dzieciarnią powyżej 5 a nawet 10 dzieciaków..
więc gdzie ja z marną 2 przy nich wszystkich...
tak.
w sumie to nawet jest mi całkiem lekko jeszcze
p.s. to był strasznie stary post z zeszłęgo roku, ale nie opublikowany chyba.
Dziś już nie jest tak źle, bo dziecko Małe łazi, a większe dało sobie siana z waleniem o kafle. Teraz zaczyna to Młodsze...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
coś tam, coś tam ;)