piątek, 9 grudnia 2011

Anioły

W tym roku, dzięki natchnieniu przez Lindę, ulepiłam z masy solnej Anioły.
Nie jest to łatwe zadanie, zwłaszcza jak nie ma się natchnienia. na szczęście w trakcie lepienia coś mnie tknęło i już wiem jakie Anioły najbardziej mi odpowiadają. Przynajmniej na dziś.
Nie wiem, czy nie podpatrzyłam tego pomysłu gdzieś w sieci, bo szukałam inspiracji, ale te, które mi się podobały jakoś nie chciały się lepić. W końcu wyszło mi coś mojego. Jak odnajdę kabel od komórki to zamieszczę kilka zdjęć. Aparat niestety padł, a ładowarkę do baterii ma Tata. No i Siostra, ale ona dalej mieszka.
Poza tym zrobiłam ozdoby na choinkę albo dodatki do opakowań prezentów. Jeszcze nie wiem.
W tym roku będziemy mieli swoją osobistą choinkę więc musi być ładnie przystrojona :)

Młode w brzuchu rusza się coraz bardziej. Chociaż wczoraj jakoś leniwie. Pani dr mówiła, że dziecko MUSI ruszać się codziennie, jak już zacznie. No i rusza się codziennie, chociaż wczoraj chyba cały dzień spało...no i co w takiej sytuacji? kiedy mam się zgłaszać, jak się nie rusza? po całym dniu, na drugi dzień, czy kiedy?

Syn dostał od Św. Mikołaja piękne prezenty. Min 3 auta, którymi bawił się prawie cały dzień. Pudło drewnianych klocków, które teraz są w całym mieszkaniu, a do tego sanki. Świetne sanki, które dziś wylądują w piwnicy, bo śniegu u nas na razie za mało, żeby się na nim ślizgać. W zasadzie to żadnego śniegu u nas nie ma :|
Od Babci Syn dostał kalendarz adwentowy. Niestety, w tej samej chwili gdy go dostał Babcia otworzyła po kolei z 5 okienek (niestety nie w kolejności dni adwentu). Młody zjadł 3 czekoladki, następne 8 zjadła Ciocia. I tak idea kalendarza adwentowego poszła w las... Nawet nie zdążyłam powiedzieć, że to nie tak, że trzeba po jednym okienku dziennie, że tak na raz to traci sens... ech.
Może w przyszłym roku się uda... ale wtedy to chyba sama zrobię jakiś kalendarz.

Syn potrafi coraz więcej czasu bawić się sam. O ile siedzi u siebie w pokoju to jestem spokojna. Gdy cisza następuje w trakcie przebywania dziecka poza pokojem włącza mi się alarm. Niestety słusznie.

A w ogóle ta zima mnie dobija powoli. Wychodzenie na spacer z Dzieckiem jest uciążliwe. Zimno, mokro, wieje wiatr. Żadnego śniegu, zero zabawy. Wszystko mokre i w błocie. Z wózkiem fajnie, ale człowiek marznie, dziecko marznie, bo nie uznaje kocyków i przykrywek na nogi, wicher dmie, ręce marzną, bo wcześniej właziło na mokrą huśtawkę. W dziś to już w ogóle- chmury lecą po niebie jak na wyścigu. Fakt, wygląda to malowniczo i wręcz spektakularnie, ale jakoś wolę te chmury oglądać z okna w kuchni. A dziecko potrzebuje powietrza. Codziennie. esz.
może najpierw zjemy jabłko...


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

coś tam, coś tam ;)