W poniedziałek idziemy z Młodą do szczepienia.
Forma "idziemy" dotyczy mnie i Syna, bo wiadomo- Mąż w pracy.
A może uda się Syna do Męża podrzucić i będę miała więcej luzu na tym szczepieniu...Syn czasami dostaje szajby i nosi go po całej przychodni. Nawet lekarzy się nie boi.
W każdym razie ja nie o tym chciałam.
Chodzi mi o szczepienie.
To jest kolejne, które przeciągnęłam jak długo się dało.
Osobiście uważam, że dzieci trzeba szczepić.
Jedyne, co mi nie odpowiada to ich wiek i ilość szczepionek.
Nawet dorosłe chłopy jadące na misje czy gdzieś w dziki świat nie dostają takich dawek jak dziecko w pierwszym roku życia.
No i ta cała cholerna rtęć.
Z termometrów ją zlikwidowali, bo szkodliwa na maksa a dzieciakom serwują.
Wiem, bo sprawdzałam nazwy szczepionek, które otrzymał Syn, a które są konserwowane właśnie rtęcią.
Mówią, że autyzm ma powiązania właśnie ze szczepieniami- nie wiem, Syn raczej nie przejawia zachowań autystycznych, ale co ja mogę wiedzieć...
W każdym razie wychodzi na to, że nie lubię szczepić moich Dzieci, a skoro już muszę, to robię z siebie idiotkę i zapominam (już 3 raz), jestem chora ( tylko rodzice mogą iść z dzieckiem do szczepienia, bo muszą podpisać jakieś oświadczenie).
Za to jedno, czego raczej nie zrobię (nigdy nie mów nigdy- nie raz się na tym przejechałam, więc już nie mówię) to szczepienia dodatkowe - płatne. Te reklamowane w TV- "jak nie zaszczepisz to zabijesz własne dziecko, bo umrze na biegunkę i wymioty". Czaję, że to groźne wirusy te rotawirusy i pneumokoki, ale szczepionka uodparnia tylko na część szczepów (czy jak to tam się nazywa) i płaci się kupę kasy za częściowe uodpornienie.
Żeby było jasne- jak ktoś chce, to niech szczepi- nie mój interes.
Ale ja osobiście tego nie robię.
I teraz może powiecie, że jestem wyrodną matką, ale butelek też nie wyparzam. Chyba, że latem, ale pod warunkiem, że mleko chwilę dłużej postoi albo butli nie umyję od razu po jedzeniu.
I moje dzieci jedzą to co znajdą na podłodze.
I smoczka Młodej też nie płuczę co pół godziny.
W ogóle nie jestem przesadnie sterylną matką.
Zasada "3 do 5 sek" nie jest mi obca. Chociaż dzieci raczej w to nie mieszam (jak coś do jedzenia spadnie, to nawet po minucie bakterie i zarazki nie zdążyły jeszcze zainfekować feralnego kąska).
Jak na razie dzieciaki nie chorują jakoś drastycznie (odpukać, bo właśnie moją mamę powaliła grypa i czekamy na objawy zarażenia).
Ja też raczej do chorowitych nie należę.
Spektakularnie poległam w LO, kiedy to majaczyłam z gorączki.
Następnie dopiero jakieś 8-9 lat później, gdy karmiłam piersią Syna.
Przy karmieniu piersią Córki też oberwałam jakimś cholerstwem, ale mój organizm nie należał do najsilniejszych po ciąży, połogu i w trakcie tego nieszczęsnego karmienia.
I to byłoby na tyle na temat służby zdrowia.
Tzn nie są to wszystkie kwestie, które mogłabym poruszyć, ale tylko tyle przychodzi mi do głowy w tej chwili.
A ze spraw codziennych...
Wczoraj wpadłam w amok sprzątania.
Amok długo nie trwał, ale udało mi się rozpakować dwie torby, sprzątnąć w naszej dorosłej szafie, posegregować ciuchy dzieciaków i przygotować ubrania do prasowania.
I amok się wyczerpał.
W międzyczasie ugotowałam obiad (Mąż powiedział, że pomidorówka lepsza niż ta, którą robi jego Mama- nie uwierzyłam, bo wedle mnie pomidorówka Teściowej jest jedną z dwóch najlepszych na świecie. Druga jest mojej babci. Ale i tak było mi miło :) )
Dzieciaki w czasie mojego sprzątania również ogarnął amok.
A właściwie amoczydło, bo wariowali jak nigdy wcześniej.
Dziś po sprzątaniu nie ma śladu (poza szafą, w której nie ma ciuchów- tak sprzątnęłam ;) )
Kolejny obiad trzeba ugotować- życie to tylko gotowanie, jedzenie i sprzątanie. masakra.
tak, czas zabrać się do roboty, bo pisać każden jeden by chciał, a robić nie ma komu ;)
na autyzmie się nie znasz, jak już to na diagnostyce FSO ;)
OdpowiedzUsuń